Daisypath okazji urodzin Blok Lilypie Premature Baby tickers
Dodatki na bloga
Dodatki na bloga
wtorek, 03 stycznia 2017
Jest Nowy Rok ...

Dla mnie jakby nie ma większego znaczenia czy to 2016 czy tez 2017 rok, przynajmniej nie teraz, nie w tej chwili, ot i po prostu czas płynie i dzień za dniem. Musze przyznać, że jakoś mocno się nie podniecam całym tym zamieszaniem z Sylwestrem, byliśmy w domu a ja jeszcze tuz przed 18 skończyłam ogarniać kąty i myć podłogi, ciasto dochodziło w piecu, na stole trochę jedzenia bo przyszła siostra z mężem i jednym z bliźniaków a on oczywiście z koleżanką, przyszła też siostra mojej mamy no i my, razem 10 osób razem z naszą maleńką Ewcią, która nic ze stołu nie pojadła ale ciałem i duchem była z nami.

Pomimo odbytej dyskusji z ex o spędzaniu Sylwestra przez synka, sam nastolatek stwierdził jednak że zostanie z nami, tuz przed północą K. razem ze szwagrem i siostrzeńcem udali się na dwór by odpalić zakupione cudeńka, więc atrakcje dla syna były wystarczające by pozostać z nami w tę noc.

Nie podsumowuję ubiegłego roku, bo jak każdy inny coś przynosi, coś się dzieje, nie zawsze dobrze się dzieje ale jednak. Czy mam plany i postanowienia? Nie biorę kartki i nie piszę bo głupio tak ganić się, że się czegoś nie zrobiło, wszak nie zawsze okoliczności i czas są sprzyjające by zrobić coś w konkretnym ścisle określonym terminie, więc po co to planowanie? Jak się uda to ok, będę z siebie dumna że dałam radę.  Jedyne czego chcę to wykorzystać ten czas,gdy jestem w domu z Ewą, by nie żałować jak to miało miejsce z Adamem, że tuz po zaledwie niecałych 5-ciu miesiącach wróciłam do pracy.

Wszystkim, których oko zechce zajrzeć tu choć na chwilę, chcę życzyć spokoju, dużo siły i cierpliwości, no i zdrowia, abyście mieli siłę, zdrowie i odwagę by sięgać po to czego zapragniecie.

piątek, 30 grudnia 2016
Raczej lekko nie będzie ...

Obawiam się, że nadchodzi taki czas, gdy lekko nie będzie ale przecież mogłam się tego spodziewać, mój syn nie będzie wiecznie małym chłopcem i zacznie się bunt nastolatka, który wyznaczając swoje granice "wolności" będzie ostentacyjnie domagał się respektowania jego praw. Myślałam jednak, liczyłam na to, że nie będzie się to odbywało tak radykalnie, a przynajmniej nie będzie aż tak bardzo dotykało mnie wewnętrznie i emocjonalnie rozwalało na łopatki. Niestety jednak mój synek, potrafi dobitnie, złośliwie i bardzo dobitnie, niczym jego ojciec dopiec tak, że w pięty idzie. Słaba jestem, pod tym względem bardzo słaba jestem emocjonalnie, nie rozumiem i nie potrafię pogodzić się z tym że mój syn, potrafi tak mocno ranić, nie oczekuję żeby mi składał hołd za to co dla niego robiłam i robię, ale szacunek i empatia, tego chyba najbardziej w nim brak. On nie potrafi postawić się w roli tego którego krzywdzi, bo liczy się tylko on i to co on chce bez względu na ofiary i pokłosie jakie po sobie pozostawia, rani tak bardzo rani moje serce, nie liczy się z moimi uczuciami. Nieustannie coś kombinuje, manipuluje faktami, bo liczy że nie utrzymuję kontaktów z jego ojcem, przeinacza pewne fakty i zdarzenia obrazując je ojcu w inny sposób, szczególnie w taki gdzie jestem matką-tyranem, matką porzucającą własne dziecko.

W przeciwieństwie do ojca mojego syna, jestem wymagająca wobec syna bo wciąż tłumaczę mu, że od wyników jego nauki zależy bardzo wiele m.in. to kim będzie w przyszłości, chcę aby wykorzystywał swój potencjał, który zauważyli w nim jego nauczyciele, widząc szansę na rozwijanie ponadprzeciętnych umiejętności i wykorzystanie ich., tym bardziej że syn w domu niewiele się uczy nad książkami i wystarczają mu same zajęcia w szkole. Ale w oczach dziecka i jego ojca jestem tyranem. Nie dawniej jak w święta, proponowałam synowi wyjazd z nami do rodziny K na wspólną wigilię, uprzedziłam jednak, że wiąże się to z nocowaniem przez jedną noc, cyn stanowczo odmówił twierdząc, że rodzina K nie jest jego rodziną i nie widzi potrzeby spędzania z nimi Wigilii. Nie chciałam narzucać mu swej woli, więc przystałam na to by został w domu wraz z moją mamą, wszak zajęcie miał bo prezenty które chciał wystarczająco mogły zająć jego czas. Okazało się jednak że gdy pojechał do ojca pożalił się, że matka pojechała a on musiał zostać "sam", nie powiedział dlaczego, więc zostałam zrugana przez ex, że zostawiłam dziecko na pastwę losu samego i na dokładkę nudzącego się niemiłosiernie.

Chyba dopadło mnie jakieś apogeum depresji, nie mam siły by poradzić sobie z własnymi uczuciami, mam ochotę schować się gdzieś w kąt nakryć kocem i przeczekać wiem, że to nie jest rozwiązanie ale za dużo tego wszystkiego na raz.

Czuję jakby wszystkie przykrości i smutki nagle zbiegły się w czasie i jest ich zbyt wiele, abym mogła sobie z nimi wszystkimi razem poradzić. Wszystko to co dzieje się między mną i synem jest jeszcze dodatkowo piętnowane przez smsy jego ojca, w których obwinia mnie za dyktaturę jaką narzucam na syna oczekując podporządkowania, ale to nie wszystko są także inne jeszcze sytuacje z mojego obecnego związku z K., które również nie pozostają mi obojętne, a stanowią kolejną zadrę w sercu, której wymazać nie potrafię, są rozczarowania, niedopowiedzenia i złośliwości, one także bolą. Mój K. czasem też zachowuje się jak niesforny nastolatek i to co dotychczas było ustalone i jasne dla nas obojga,  nagle staje się ogniwem zapalnym do poróżnienia się, bo nagle K. zmienia zdanie i już od teraz, od dziś zmienia zdanie i ma być inaczej. 

Dobrze, że nie muszę jeszcze wracać do pracy, bo wiem że to nie jest najlepszy czas bym do niej wracała, nie jestem gotowa na zmierzenie się z kolejnymi przeciwnościami.       

sobota, 24 grudnia 2016

Od dobrych kilku lat Święta są dla mnie bardzo trudnym okresem, kiedyś bardzo lubiłam ten czas przygotowań i krzątania się po domu, niestety zmieniło się to bardzo drastycznie i wręcz nie cierpię świąt. Bieganie za prezentami to jakiś dramat, kupuje się na siłę jakieś prezenty żeby tylko były, to co mi się podoba to nie koniecznie musi się podobać obdarowanemu, więc ciągle tylko słychać "no co chcesz dostać ?". Tak oto prezenty, które miały być niespodziankami, są  zaspokajaczami bieżących potrzeb tych którym mam kupić prezent i każdy wie, co pod choinką leży zapakowane w ozdobny papier, którego można by oszczędzić bo to przecież jakiś cyrk. 

Nie cierpię świąt, najchętniej wyjechałabym gdzieś gdzie ich nie będzie i z dala będę od tych odbębnionych życzeń, które dostajemy i które mają w sobie niewiele prawdziwej serdeczności i życzliwości, a jedynie odfajkowanie bo tak trzeba i tak wypada. Zawsze, gdy składałam znajomym i rodzinie życzenia czy to telefonicznie czy też przez sms, starałam się  zawsze indywidualizować je, pisać od siebie to co czuję  i co chcę by temu komuś życzyć. Unikam sformatowanych tekstów i rymowanek, które co roku na święta dostają nowe życie i latają po necie i  telefonach. 

Poszłabym gdzieś z dala od wszystkiego, ale nawet na cmentarzu nie ma dziś spokoju, byłam u taty, nawet pogadać się nie dało, ciągle ktoś łaził. Wiem inni też idą do najbliższych ale czy to uprawnia ich do taj głośnego zachowywania się? Jakby mogli to by pewnie stoły na cmentarzu rozłożyli. Mogłabym pójść do kościoła, ale po co jeśli dla tych w czarnych kieckach, to ja jestem tą złą czarną owcą największą grzesznicy, jaką ziemia nosi.

Jest mi źle.

 

środa, 30 listopada 2016
A czasu, jakby ciągle za mało..

Nieubłaganie płynie czas, ciągle zdaje mi się jakby doba była za krótka by ogarnąć wszystko co znajdzie się w planie. Każdy dzień zdaje się być identycznym do poprzedniego, a jeśli już to niewiele się różnią od siebie.

A co u dzieci? Adam nastolatek 12-letni, jakby dojrzał trochę od chwili gdy na świat przyszła Ewa, może i nie jest super ogarnięty ale od początku roku szkolnego, jakoś bardziej mu zależy by nie sprawiać mi większych problemów w szkole, bo chyba widzi i dostrzega, że Ewcia absorbuje dużo mojego czasu i sił. Cudownie nie jest bo zdarzają się różne sytuacje, szczególnie te w relacjach między rówieśnikami ale pod względem ocen radzi sobie świetnie. 

Ewa, to już prawie 7-mio miesięczna pannica, która co raz częściej pokazuje swój nie łatwy charakterek, uparciuch i złośnica, stawia na swoim i chyba wie czego chce, bo skutecznie walczy. Od urodzenia obarczona chyba genetycznie przypadłościami związanymi z kolką, niestety jednak problemy jelitowe nie odpuściły nawet po upływie magicznych 4 miesięcy, nadal mamy problemy natury kupkowatej. Pani pediatra zbyt wiele rad i pomocy nam nie potrafi zaoferować poza : próbujemy, zobaczymy... Wszystkie próby gdzieś po drodze są obarczone płaczem i cierpieniem dziecka, które nie potrafi naturalnie i samodzielnie się wypróżnić, każdy nowy posiłek to pewniak że pojawią się łzy i znów będzie bolało. Zmieniałyśmy mleko już chyba 4 razy jednak pediatra nie pokusiła się o skierowanie do gastrologa dziecięcego, nadal pozostawia nas z problemem i cierpieniem młodej. 

Po przedwczorajszym koncercie wieczornym i perturbacjach żołądkowych, wczoraj sami podjęliśmy decyzję o konsultacji u gastrologa dziecięcego, zmiana diety, coś starego, coś nowego, kolejne próby ale może się uda zmienić coś, w razie czego Pani gastrolog powiedziała o ewentualnej obserwacji  kontynuacji leczenia w klinice pediatrii. Oj żeby tylko wszystko się udało.

A ja, wyglądam ... kurde żałośnie wyglądam i tak też się czuję, jedyne chwile jakie mam to wieczorem gdy wymykam się do kąpieli i czasem kilka minut w ciągu dnia, które z reguły poświęcam na gotowanie i ogarnięcie kątów. Jedyną atrakcją jaka mnie spotkała od dnia porodu to masaż na który udałam się w ubiegły czwartek, a wszystko dlatego że już ledwie powłóczyłam nogami przez mój kręgosłup. Ewa waży już swoje a mój kręgosłup nie wytrzymuje dodatkowych obciążeń.

Kiedy znów poczuję się lepiej? Fizycznie- nie wiem bo wciąż brak czasu na wysiłek, ćwiczenia itp. więc nadal wyglądam jak mamut, a psychicznie - tego tym bardziej nie wiem i nawet jakby  światełko w tunelu zgasło.

środa, 06 lipca 2016
Dzieje się...

Od dnia gdy moja maleńka Ewa przyszła na ten świat, a stało się to 16 maja 2016 r. o godz. 11:45, dzieje się bardzo dużo a czasu jakby co raz mniej na wszystko.

Ewunia urodziła się zdrowa, aczkolwiek maleńka 51 cm i 2950 g, czyli prawie 3kg szczęścia jako owoc naszej miłości. 

Pobyt w szpitalu nie zaliczam do najlepszego czasu, pomimo że cesarka nie okazała się aż tak straszna, no może za wyjątkiem tego ciągnącego szwu, ale to i przy naturalnym też boli choć szybciej dochodzi się do sił i sprawności. Olbrzymie rozczarowanie to personel, który na każdym kroku wysługiwał się studentami - stażystami, niestety niedoświadczonymi, począwszy od wkłucia wenflonu który niestety miałam zakładany 3 razy, dłoń sina i pełna wylewów, aż w końcu wenflon wylądował na zgięciu łokciowym ( bardzo niewygodnym, gdy trzeba zaopiekować się małym szkrabem i brać go na ręce) i pomimo, że był tam 3 dni to ślad i wylew pozostawał jeszcze przez miesiąc od porodu.

Po powrocie do domu, nadszedł czas by kolejny raz przywyknąć do płaczu i stałych czynności przy takim malcu, Ewa rosła jak na drożdżach jednak cały czas cierpiała na problemy gastryczne, w ciągu miesiąca przetestowałam wszystko co  jest dostępne na gazy, zaparcia i kolkę, niestety efekty działania leków - marne.

W ubiegłym tygodniu byłyśmy na planowanym szczepieniu, jednak nie doszło do niego bo od ostatniego ważenia, Ewa niewiele przybrała, kolki płacz i bóle brzucha nasilały się więc i Ewa pomimo że jadła więcej, to i więcej ulewała., a masa niewiele się zmieniała.

Dziś kolejne podejście do szczepienia, po tym prawie półtora miesięcznym płaczu mojego maleństwa, zanoszeniu się od płaczu, spazmastycznych histeriach postanowiłam zdecydować się na płatną szczepionkę skojarzoną,czy dobrze robię - nie wiem ale tego przecież nikt nie wie, wiele osób w necie pisze " nie szczepić", ale jak tu nie szczepić?? Boję się tego płaczu i modlę się by wszystko było ok.

piątek, 13 maja 2016
Podświadomość ...

Wczoraj minęło 16 lat od dnia urodzenia bliźniąt mojej siostry, kto by pomyślał, że tak szybko upłynęły te lata. Pamiętam jak dziś, gdy zastanawiałam się, jak tych dwóch brzdąców będzie wyglądało w wieku nastu lat. Gdy porozumiewali się swoim sobie znanym językiem, a ja nie rozumiejąc nic, czekałam kiedy pogadamy normalnie i zrozumiale dla nas wszystkich.

Zastanawiałam się cóż wyrośnie z tych dwóch "kaczorków"- jak mawiał mój tatko. Wyrośli, na dwóch wysokich szczupłych facetów, dwie różne osoby - indywidualności, niezależni od siebie na wzajem. Dwoje różnych ludzi, niby pozornie takich samych a jednak wewnętrznie, zupełnie innych. Kiedyś dopóki nie było mojego synka, byli dla mnie wszystkim, miłością. szczęściem i radością, dziś też są dla mnie ważni, choć bliżej czuję się z Robertem.

Wczoraj mocno pobolewał mnie brzuch, szczególne nasilenie wystąpiło wieczorem, cichutko w duszy szeptałam do siebie, swojego ciała i małej Ewci: siedź tam kochanie, jeszcze nie dziś, dziś są urodziny chłopców. Podświadomie wmawiałam sobie także aby nie był to dzień dzisiejszy, choć wiem że są dwie osoby które liczą na to że mój mały skarb właśnie dziś zechce powitać ten świat, to moja mama i synek. Synkowi zależy na dzisiejszym dniu bo jakby nie patrzeć on też co prawda nie w maju ale w sierpniu prawie 12 lat temu urodził się w piątek 13-go. Od dawna synek powtarza jak mantrę, żeby Ewcia urodziła się w piątek trzynastego, tak jak on.

A ja rozerwana pomiędzy wszystkimi, cichutko zaklinam podświadomość i szepczę za każdym kopnięciem córci, jeszcze nie czas, dziś-nie, jutro nie ma problemu, oby tylko nie dziś. Dlaczego? Mieć dwoje dzieci z dużym rozstrzałem lat i jeszcze szarpnąć się na podwójny piątek trzynastego??? jak to dźwignąć? Do końca dnia jeszcze duuuuużo godzin, ale może uda się byleby nie dziś.  

wtorek, 10 maja 2016
Zegar cyka, ostatnie dni odlicza ...

Blisko, blisko co raz bliżej. 

Na ostatniej wizycie w ubiegły czwartek ustaliłyśmy z Ginką, że jeśli nic się nie będzie działo nadzwyczajnego to w tę niedzielę wybieram się na oddział i w poniedziałek 16.05, będzie cesarka. Moje ciało już powoli zauważa, daje pierwsze oznaki że termin porodu zbliża się dużymi krokami. Już wiem i czuję się mniej aktywna, bo moje krągłości tu i ówdzie zaczynają mnie znacząco ograniczać.

Torba spakowana, jak zawsze wydaje mi się że wszystko mam, aczkolwiek jak zwykle wszystko okaże się o czasie.

Synek niestety nie daje mi powodów do radości i spokoju, chodzę podminowana i wciąż wkurzona, zauważa że jestem bardzo zaabsorbowana nadchodzącym porodem, więc odpuszcza sobie szkołę na każdym możliwym kroku, kłamie i z szelmowskim uśmiechem na twarzy oszukuje, a ja już nie mam siły i energii by nad tym zapanować. Lekko nie jest, a i lżej nie będzie.   

Porwałam się motyką na słońce.

środa, 13 kwietnia 2016
Gdzie jest sen ...?

Kolejna noc zarwana, już nawet przestałam liczyć która to z rzędu, aczkolwiek wiem że to moje niewyspanie i zmęczenie podobnie jak u innych przekłada się na moje relacji z najbliższymi i otoczeniem.

Zawsze bo praktycznie rok rocznie na jesieni i na wiosnę bardzo mocno reagowałam na zmianę frontów atmosferycznych, wahania ciśnień i zmienność temperatury, potrzebuję czasu by wprowadzić się w jakby nową rzeczywistość i praktycznie zawsze natchnienie do życia i nowe siły wstępują we mnie gdy już drzewa się zazielenią, optymizm, nowe życie budzi się i wtedy budzę się i ja.

Nie bez znaczenia na moje samopoczucie pozostaje również fakt ostatniego trymestru ciąży a dokładniej ostatniego miesiąca - 4 tygodni w tym stanie, które sprawiają że nastrojowo popadam ze skrajności w skrajność.

Jestem matką od kilkunastu lat, wiem i mam świadomość że moje życie po narodzeniu Ewci nie będzie już takie samo, wiem co mnie czeka ale za nic nie wiedziałam że właśnie tak może wyglądać finisz ciąży, bo z młodym było zupełnie inaczej.

Wstaję w miarę wcześnie rano bo pomiędzy 6-7, w sumie teoretycznie mogłabym spać , ale wstaję żeby K. i młodego wyprawić do pracy i szkoły, a jak wstanę to nie mogę już zasnąć. Cały dzień coś robię, jestem w ruchu, teraz szczególnie bo okupuję sklepy w skompletowaniu wyprawki do szpitala i wielu jeszcze potrzebnych rzeczy do domu. Chodzę i chodzę, a do domu wracam ledwie sił, padam na twarz, nogi i krzyż odmawiają mi posłuszeństwa. Krzątam się po domu by choć trochę go ogarnąć, aczkolwiek nie jest to łatwe w takim stanie zaawansowania mojego brzucha, ugotuję, coś ogarnę i wieczorem ledwie mam siły by powieki samoczynnie mi nie opadły. O 22 czuję się jak rozładowany robocop, marzę o wieczornej spokojnej relaksującej kąpieli, która przyniesie ukojenie dla opuchniętych nóg i obolałych pleców i brzucha. Układam się do snu jak księżniczka na ziarnku grochu, dochodzi 22:30, zamykam oczy i ... zaczynają się mrowienia nóg, i te okrutnie bóle w biodrach, ciągłe uczucie ucisku na kręgosłup lędźwiowy. Kości i stawy biodrowe przy każdym ruchu nogą strzelają, jak wytrawny snajper, kręcę się już nie mogę się ułożyć. Przykrywam się, po czym się odkrywam noga tak, noga śmiak, tu poduszka, tam jasiek i na prawy i na lewy bok,to usiądę albo wstanę, toaleta-kuchnia- pokój, moja trasa od kilku miesięcy wciąż ta sama niezmienna, znów łóżko i przekręcanie się. To wszystko jeszcze do niedawna kończyło się ok. 1:55, jednak przez ostatnich kilka dni moje rozładowywanie akumulatorów znacznie się wydłużyło bo do 3:15, zasypiam.

Budzę się i jest ? 5:50. Gdzie się podział sen??? Odszedł a przyszło przedwczesne zmęczenie ;-(

poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Po wizycie nie jest źle ...

Niestety znów kilka godzin spędzonych na korytarzu Przychodni przyszpitalnej, długie i żmudne oczekiwanie, ale jak już jeździ się tam kilka ładnych miesięcy to cyklicznie pojawiają się te same kobiety, z którymi już po tych iluś spotkaniach bez słów a jedynie mimiką twarzy można porozumiewawczo wymieniać się znudzeniem z oczekiwania na wizytę. Tak było i tym razem, dobrze jednak, że pomimo ciężaru jaki dźwigamy potrafimy jeszcze żartować i uśmiechać się.

Wizyta jak zawsze szybka, usg  trochę pogadanek, szybkie badanie, krótkie zalecenia i zlecenie badań na następna wizytę, zwolnienie i do domu. Za tydzień lecę na kontrolne usg, bo wody znów na poziomie minimum. Moje maleństwo kręci się jednak niemiłosiernie, rusza się co chwilę, kopie więc uważam że jest ok, choć co raz trudniej chodzić nie wspominając o mojej notorycznej bezsenności.

Synek wyjechał w piątek wieczorem, razem z ojcem poleciał do Niemiec na komunię kuzyna, wróci dopiero dziś wieczorem, a ja kolejny dzień czekam z niecierpliwością. Choć czasem doprowadza mnie swoim zachowaniem do szału, to bardzo go kocham i gdy nie widzę go to tęsknię okrutnie. 

czwartek, 07 kwietnia 2016
Jeszcze tylko raz...

Dziś jest nasza przedostatnie wizyta u Pani Ginki, kolejna już 5 maja ale w sumie nie wiem czy moje maleństwo do tego czasu nie pojawi się już tu, wśród nas.

Ogólnie czuję się dobrze, w ciągu dnia chodzę na zakupy ogarniam dom, młodego z lekcjami, gotuję sprzątam itp. w sumie nie jeden facet powiedziałby że nie robię nic, bo przecież jestem w domu. Niestety co raz bardziej zaczynam odczuwać opuszczający się brzuszek i wagę mojego maleństwa, dotychczas chodziłam dość żwawo i energicznie, jednak teraz już po kilkunastu krokach, maleństwo poszturchuje mnie w dolnej części brzucha, jakby chciała mi powiedzieć " ejjj zwolnij". Nie wiem dlaczego ale nie potrafię chodzić jak matrona z brzuchem wypiętym przed siebie i powolnym okracznym krokiem. Czasem jak wracam z tych moich pieszych wojaży, zaczynam odczuwać ból w krzyżu i w stopach, ale przecież przejdzie mi, jeszcze trochę.

Najgorszą i chyba najbardziej dotkliwą bolączką tego stanu "nadzwyczajnego" jest dla mnie nocna bezsenność. O 22, padam na twarz czuję że za chwilę zasnę jak niedźwiedź, jednak przedrzemię zaledwie 1,5  do 2 godzin i oczy mam jak 5 zł, już niby wyspana, toaleta i .... już nie mogę zasnąć, czekam sobie tak do 1 w nocy, kręcę się i wiercę, pomimo dodatkowego zażywania magnezu nogi rwą mnie niemiłosiernie, uśmiecham się pod nosem jak widzę reklamę gdzie mówią o RLS, niespokojnych nogach, właśnie coś takiego chyba mam, Jak uda mi się zasnąć to znów 1,5 do 2 godzin i pobudka, znów siedzę patrzę za okno i liczę w ilu innych oknach blokowych świateł jeszcze się świeci. Chodzę, gimnastykuję się, przeciągam, spaceruję do toalety, kuchni, pokój, toaleta i tak w kółko. później znów zasypiam na 1-2 godziny i pobudka, już wiem że nie zasnę, jak "poseł grecki" odprawiam K. do pracy i  czekam aż młody się obudzi by wyprawić go do szkoły. Ktoś mógłby powiedzieć, że w sumie to dobrze bo jak maleństwo przyjdzie na świat to nie będę miała problemu z nocnym wstawaniem na karmienie, ale ja chyba jednak wolałabym teraz pospać.

Dzień za dniem tak szybko płynie, maleństwo szaleje w brzuchu, kopie i wierci się, mała złośnica. To jest jednak inne macierzyństwo niż te sprzed prawie 12 lat, inaczej myślę, inaczej przeżywam ale wierzę że wszystko będzie dobrze. 

  

piątek, 01 kwietnia 2016
Konsultacja do CC

Byłam w ubiegłym tygodniu na konsultacji u jednego ze znanych profesorów ginekologii i położnictwa w sprawie wskazania do CC z przyczyn ortopedycznych. Wszystko zaczęło się dawno temu od dwóch wypadków samochodowych w przeciągu kilku lat 1999, 2002, których konsekwencje niestety ujawniły się dopiero po ponad 12 latach w postaci przepukliny kręgosłupa szyjnego. Pierwszy poród w 2004 roku był na tyle w nieodległym czasie od wypadków że jeszcze wówczas wskazań do cesarki nie było, obecnie według opinii ortopedy- traumatologa, wysiłek podczas porodu może niestety niekorzystnie wpłynąć na mój stan zdrowia i moją przepuklinę. Zapis w karcie dokonany, więc z chwilą rozpoczęcia porodu lub w wyznaczonym na niego terminie, będziemy mogli przywitać się z naszym maleństwem bez jakiegoś większego stresu, że ręce odmówią mi posłuszeństwa po porodzie. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak chodzić na kolejne konsultacje i wizyty lekarskie, zaopatrzyć się przygotowywać się na przyjście niuni. Ostatnio nawet podjęłam się grubszych rangą robótek ręcznych i pierwszy raz zasiadłam do maszyny, uszyłam dla niuni literki które obok motylka i serduszka zawisną na jej łóżeczku.

wtorek, 22 marca 2016
Po kontroli ...
Byłam na kontrolnym KTG i na kontrolnym USG w ubiegły czwartek. Ile to trzeba zdrowia żeby nie zdechnąć na korytarzu czekając na "łaskę Pana", tego nie da się inaczej opisać, wiem że to może niesprawiedliwe ale w końcu to Szpital powinien ustalić jakieś zasady a zaczęło się tak: Gdy wykryto małowodzie to na Izbie przyjęć wdali mi skierowanie na usg kontrolne, specjalnie dopytywałam czy mam się rejestrować na badanie czy też nie, usłyszałam kategoryczne "bez rejestracji prosto pod gabinet". Ponieważ nie lubię się spóźniać, a miałam zgłosić się pomiędzy 8 a 9, ja nauczona doświadczeniem zawsze staram się być przed czasem, tak też było i tym razem pod gabinet dotarłam o 7.45 spokojnie rozejrzała się było małżeństwo i ja, oni na planowe badanie ja skierowana z Izby. Wieść korytarzowa niesie, że szczęściarzem jest ten co zdoła złapać pielęgniarkę - położną i zgłoszenie obecności albo otrzymanie kartki od lekarza by udać się do rejestracji i założyć kartę. Udało mi się, dopaść pielęgniarkę i zdobyć kartkę, pobiegłam do rejestracji i zadowolona wracam pod gabinet, dopiero kilka osób zgłosiło się pod gabinet bo lekarz miał wykonywać USG dopiero od 9. Zgłosiłam radośnie pielęgniarce, że jestem i czekam tylko ile mam czekać?? Jak się okazało pani potrafiła powiedzieć "nie wiem, proszę czekać", ale ile??? "no tyle ile będzie trzeba". Zaczepiałam ją kilka razy i dopytywałam bo pod gabinetem zaczął tworzyć się tłum ludzi, a i z każdą chwilą nadchodziły nowe pielęgniarki z innych oddziałów szpitalnych i wprowadzały poza kolejnością swoje znajome. Jak ja nienawidzę takich numerów, krew się w człowieku gotuje, jak widzi takie zachowania albo jeszcze jak słyszy rozmowę bez zupełnego skrępowania: "poczekaj zaraz zapytam doktora, to wejdziesz i po sprawie". Cóż z tego że miałam przy sobie prowiant i wodę, po 4 godzinach siedzenia pod gabinetem, tak jak ja, tak i moje dzieciątko miało dosyć siedzenia, zaduchu i tego opętanego tłumu prze gabinetem. Czułam jakbym za chwilę miała rodzić, siedzenie sprawiało drętwienie nów, a chodzenie przysparzało ból kręgosłupa, zmęczenie znużenie, senność i ta cholerna złość, bo gdybym wiedziała że mam tyle czekać t przyjechałabym na koniec przyjęć, ale wtedy pewnie już lekarz nie zgodziłby się mnie przyjąć. Moje dzieciątko tak zaczęło się wiercić że zupełnie serio wydawało mi się jakby albo się dusiła, albo miała za chwilę wyrwać mi cały bok. Siedziałam w ciszy z zamkniętymi oczyma pod oknem, oddechem starałam się uspokoić moje maleństwo. Gdy kolejny raz wyszła pielęgniarka powiedziałam jej, że to nie jest w porządku bo ja siedzę od rana ze skierowaniem z Izby i czekam jak osioł, a inne pacjentki nie dość że nie zapisane ta ten dzień to wprowadzane są przez pracowników szpitala i wchodzą poza kolejnością i że gdybym wiedziała że będę przyjęta dopiero na samym końcu, to bym tu nie siedziała tylko wyszła na spacer i wróciła przed 14. Siedziałam jeszcze 15 minut, po czym zostałam poproszona do gabinetu, lekarz myślał że dopiero przyszłam i zdziwił się że ze skierowaniem z Izby czekam tyle godzin skoro miałam napisane "PILNE". W badaniu wyszedł przyrost masy mojej niuni i wód płodowych, jednak nadal są one na poziomie dolnej granicy normy, co według tego lekarza i mojej ginki nie jest dobre ale nie wymaga hospitalizacji. Wróciłam do domu, byłam tak zmęczona jakbym maraton przebiegła, tej nocy w drodze wyjątku wstałam w nocy do toalety zaledwie jeden raz, spałam aż do 9 kolejnego dnia.
piątek, 11 marca 2016
Dlaczego tak ...
Co to się porobiło? dlaczego tak? Wczoraj miałam wizytę kontrolną u ginki i kontrolne usg, wszystko niby miało być ok, w trakcie wizyty u ginki dostałam zalecenia i spoko. Po chwili przeszłam na badanie usg i lekarz natychmiast kazał mi wrócić z wynikiem do ginki, bo według niego wystąpiło "małowodzie", czyli za mało płynu owodniowego w odniesieniu do stanu zaawansowania ciąży. Pani dr natychmiast kazała mi zgłosić się na Izbę przyjęć i wykonanie KTG, a później czekanie na decyzję lekarza dyżurującego gdyż może okazać się że zostanę na patologii. KTG zrobione, moja dr przyszła do mnie na izbę obejrzała wynik i starała się mnie uspokoić, odczekałam swoje i na szczęście pozwolili mi wrócić do domu jednak to nie koniec. W niedzielę znów mam zgłosić się na Izbę na kolejne kontrolne KTG a we czwartek na kolejne USG w celu sprawdzenia czy płynu przybywa czy też nie. K. zaglądał do internetu i naczytał się chyba za wszystkie czasy o ewentualnych powikłaniach, głowę mam jak kwadrat, tysiąc myśli na minutę, za każdym razem gdy niunia rusza się w moim brzuchu cieszę się jak dzieciak- liczę ruchy i obserwuję, jakby coś się działo to mam biegiem jechać do szpitala. Strasznie się boję ;-(
poniedziałek, 07 marca 2016
Taty nie ma ...
6 marca, kolejna rocznica gdy Taty nie ma... odszedł na zawsze, choć w moim sercu nadal mieszka. W planach miałam wyjazd do rodziców K., jednak mając świadomość że 12 lat temu w brutalny i niespodziewany sposób musiałam rozstać się z Tatą, nie mogłam w tym dniu nie odwiedzić go, więc zabrałam Mamę, siostrę i szwagra na cmentarz. Choć na chwilę, choć na moment spojrzeć na jego portret i cichutko w duchu powiedzieć mu : "Tatku, bardzo za Tobą tęsknię".
Taty nie ma ...
6 marca, kolejna rocznica gdy Taty nie ma... odszedł na zawsze, choć w moim sercu nadal mieszka. W planach miałam wyjazd do rodziców K., jednak mając świadomość że 12 lat temu w brutalny i niespodziewany sposób musiałam rozstać się z Tatą, nie mogłam w tym dniu nie odwiedzić go, więc zabrałam Mamę, siostrę i szwagra na cmentarz. Choć na chwilę, choć na moment spojrzeć na jego portret i cichutko w duchu powiedzieć mu : "Tatku, bardzo za Tobą tęsknię".
środa, 02 marca 2016
Kiedyś dawno temu ...
gdy byłam młodziutka, spotykała się z pewnym chłopakiem, trwało to kilka lat z drobną przerwą. W jego rodzinie kuzyn żenił się i ów chłopak miał być świadkiem, jak się później okazało Pannie młodej kolezanka odmówiła świadkowania, więc idąc po najprostszej linii oporu zaproponowali mi abym im świadkowała. Zgodziła się, wesele się odbył, a oni przez ładnych kilkanaście lat żyli raz lepiej raz gorzej ale razem. Dokąd jeszcze spotykała się z tym chłopakiem, to co roku w ich rocznicę ślubu jechalismy do nich z wizytą. Niedługo po ślubie zaczęli budowę domu, rodzina i rodzice Panny nie żałowali im kasy więc budowę rozpoczęli i zakończyli bez kredytu. Urodził im się syn, uważali że coś z tym domem jest nie tak i postanowili go sprzedać na pniu, poszli na wynajem i równolegle zaczęli budowę drugiego nowego domu. Nieco później przyszła na świat córka. Od czasu, gdy pojawiły się dzieci ona nigdy nie pracowała, zajmowała się domem i dziećmi, on zasuwał ile się dało by utrzymać rodzinę i wykończyć dom. Obmyślili plan na własny biznes, uruchomili plan i poleciało. Ona w domowym zaciszu przy dwójce dzieci układała wieńce że sztucznych kwiatów, wydzierżawili kawałek gruntu przy bramie cmentarnej w ich miejscowości, a on dostarczał materiał na wieńce i zaopatrywał stanowisko w znicze, wkłady do zniczy itp. dewocjonalia. Z uwagi na ten biznes tuż obok nowego domu postanowili wybudować dwa pawilony handlowe, jeden na wynajem a drugi na sklep z ich zniczami i wiązankami, lokalizacyjne dobre miejsce więc i spokojnie mogli liczyć na bieżący przypływ gotówki. Ta budowa niestety wymagała większych nakładów więc i potrzebna była kasa na spłatę kredytu. Kilka lat temu zgodziłam się by pomoc im w handlu zniczami w okresie Wszystkich Świętych, niestety byłam mocno pod kreską i potrzebowałam pieniędzy by zaopatrzyć syna w kurtkę i buty na zbliżającą się wowczas zimę. Według wstępnych ustaleń miałam pracować 3 dni po 10-12 godzin i zarobić przy dobrym utargu ok 150 za dzień. Rzeczywistość okazała się jednak bardzo brutalną, bo gdy przyszło do rozliczenia to za 3 dni pracy i łącznie wypracowane 52 godziny zapłacili mi 150 zł. Wracałam do domu 15 km zalana łzami z żalu i wstydu. Czułam się podle wobec siebie samej, że nie zarobiłam wystarczająco by kupić synowi kurtkę i buty. Moją pracę odpłaciłam długą chorobą. Miałam żal, do siebie że dałam się tak wkręcic ale miałam też żal do nich, że oszukali mnie a wiedziałam że łączny utarg był znacznie większy niż zakładali, a w ramach podziękowania wręczyli mi znicz, abym jadąc po drodze do domu po 10 godzinach pracy mogła u własnego taty na grobie zapalić światełko. Przed moim odjazdem zapraszali mnie bym razem z nimi i ich znajomymi poszła na bal Andrzejkowy, bo przecież zarobiłam to niby mogłaby pójść, a przecież wiedzieli po co mi ta kasa, sami poszli by uczcić tzw. dobry sezon handlowy i wysoki utarg. Kontakty między nami urwał się na dłuższy czas, bo było mi przykro. Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że sama jestem sobie winna trzeba było spisać papiery i później egzekwować należne wynagrodzenie. Byłam u nich w odwiedzinach, widziałam że między nimi nie dzieje się najlepiej, Ona wspominała coś że On chyba ma romans aczkolwiek nie była pewna i nie miała dowodów. On udawał że wszystko jest ok, a Ona ma jakieś urojenia, bo On po prostu ciężko pracuje na wykończenie domu. Ich problemy zaczęły mnie przerastać, bałam się, by w mój związek nie wkradły się problemy innych. Kontakt naturalnie się urwał, skończyły się spotkania, telefony. Jakieś pół roku temu, Ona pojawiła się na FB zaprosiłam ją do grona znajomych, przecież znałyśmy się, było wiele chwil, które nas łączyły. Po jakimś czasie napisała, a może wręcz dopytywała co robię i gdzie pracuję, czulam się znów jakby odnalazł mnie ktoś komu przypominało się, że może coś ode mnie chciec i zyskać na naszej znajomości. Zero informacji o sobie tylko jak na przesłuchaniu, więc zdawkowo odpisałam nie wdając się w szczegóły, bo akurat nie miałam ani nastroju ani ochoty by dzielić się z kimkolwiek swoimi problemami. Od tamtego czasu zamilkła. Kilka dni temu znalazłam stare fotografie, a że mam dużo czasu rozpłynęłam się we wspomnieniach, zaczęłam analizować czemu miały służyć jej pytania, dostałam do wniosku że może to już czas by jej syn szedł do kolejnej szkoły i szukała znajomości jak posłać go tam, gdzie może nie mieć szans. Postanowiłam zajrzeć na jej profil FB, okazało się jednak że już nie jesteśmy znajomymi, zostałam przez nią usunięta z grona znajomych. Dziś napisała do niej podziękowanie za naszą znajomość i życząc jej powodzenia bo chyba się jej przyda. Nigdy nie paliłam za sobą mostów, ale jak widać niektórzy mają taki właśnie naturalny sposób segregacji znajomych.
czwartek, 18 lutego 2016
Już jest dobrze ...
Może nie powinnam zapeszać ale chyba w końcu się wykaraskałam z grypy czy też innego choróbska, które ostatnio mnie dopadło. Zaczął się trzeci trymestr, więc powoli zaczynam odczuwać inne dolegliwości mojego stanu, bolący szczególnie wieczorem odcinek kręgosłupa lędźwiowego, pieczenie i mrowiący ból stóp. Nie przytyłam nader dużo aczkolwiek chyba moje nogi czują ten przyrost masy. Remont kuchni powoli dobiega końca, więc lada chwila będę mogła spokojnie ogarniać kąty w domu by przepędzić wszystkie "koty" i kurze ganiające się po kątach. K. zabrał łóżeczko by oczyścić je i odświeżyć- przemalować na inny kolor. Z czasu kieruję swoje kroki do sklepu z gadżetami i ubrankami dla niemowląt i zachwycona tymi wszystkimi fatałaszkami, co i raz przytaszczę coś do domu, takie małe jak dla mnie w porównaniu do odzieży synka w rozmiarze 152/164, te wszystkie ciuszki są jak dla krasnoludka, odwykłam od takich maleństw. Razem z porządkami będę musiała uporządkować naszą szafę by przygotować ją na kolejny rodzaj ciuszków dla młodej damy. To już 3 tydzień mojego zwolnienia od pracy i chyba dopiero teraz powoli mogę powiedzieć, że wyłączam się od obowiązków służbowych, ot przestaję o nich myśleć, niech zamartwiają się Ci którzy tam zostali, ja mam teraz co innego na głowie.
środa, 10 lutego 2016
Dziś wyniki, jutro wizyta ...
Dziś odebrałam wyniki zleconych przez ginkę badań, był mocz, morfologia szczegółową, hormony, przeciwciała i toxo. Obejrzałam normy zawarte przy wynikach i chyba jest ok ale lepiej niech jutro wypowie się ginka. Od ponad tygodnia przyjmuję większą dawkę hormonów i jodu że względu na niunię i chyba jest ok. Martwi mnie jednak moja bezsenność, bardzo często bo co noc a czasem i kilka razy w nocy budzę się, bo strasznie mrówką mnie nogi a czasem mam wrażenie jakby ktoś mi je wykręcał. Później nie mogę zasnąć i kręcę się z boku na bok, aż się zmęczę i zasnę. Jutro znów kilka godzin w przychodni, więc uzbrajam się już dziś w cierpliwość.
wtorek, 09 lutego 2016
Krew mnie zalewa - 500+...
Od rana przysłuchiwałam się uzasadnieniu Ministra w sprawie programu 500+ oraz całej dyskusji również pozostałych klubów. Ręce mi opadają, polityczna potyczka na szabelki, jak dzieci w przedszkolu, nikt nie przyjrzał się realnej sytuacji polskich rodzin, jak obuchem w łeb dostają matki lub ojcowie samotnie wychowujący dzieci albo ci, którzy rozstali się z jakże różnych przyczyn życiowych. Osoby pozostające w wolnych związkach po nieudanych małżeństwach z dziećmi z tych i nowych związków, są w grupie gorszego sortu. Scyzoryk się w kieszeni otwiera, na myśl że Ci zamożni wywodzący się z bogatych domów, których zawsze było stać na więcej niż jedno dziecko i nadal prowadzą rodzinne intratne biznesy bez żadnego wysiłku i ograniczeń świadczenie wychowawcze od Pisiaków dostaną. Dostają je także Ci którzy od lat żerują na OPS-ach i nie śni im się nawet iść do roboty tylko zabawiają się w bezmyślne reproduktory, mające po 4 i więcej dzieci, które gwarantują im stałe wpływy od ops-ów. No żesz kurde. Spotykam się z wieloma ludźmi, którzy reprezentują różne grupy społeczne i na różnym poziomie żyją, spotykamy się niestety z takimi którzy jak pijawki żerują i żyją kosztem nas wszystkich, śmiejąc się nam wszystkim w twarz. Ktoś może pomyśleć, że źle oceniam ludzi,że jestem niesprawiedliwa w swojej ocenie więc może trochę lakonicznie a postarał się przytoczyć ze trzy skrajne przykłady w odniesieniu do programu rządowego 500+. MATKA /OJCIEC SMOTNIE WYCHOWUJĄCY DZIECKO. Załóżmy, że ma jedno dziecko, jest poo rozwodzie i otrzymuje alimenty 500 zł. Nie ma mieszkania, bo go nie stać na kredyt więc wynajmuje. Zarabia 2400 netto. Nie dostanie 500 na dziecko!!!! Bo 2400/2=1200 więc nie ma szans na świadczenie wychowawcze, nie ma też szans na żadne dodatki z pomocy społecznej bo przekracza limit, nie dostanie nic z funduszu alimentacyjnego,bo ma alimenty gówn..ane, ale ma bo takie sąd zasądził. Do zapłacenia koszty wynajmu i utrzymania mieszkania i dwóch osób. Pani minister nie widzi problemu przecież można żyć. RODZINA 2+1 tata pracuje zarabia 2500 Mama pracuje zarabia 2000 Razem mają 4500 Maja kredyt 1200 miesięcznie +opłaty Na osobę wychodzi 1500, nie dostaną świadczenia wychowawczego, nie dostaną pomocy z opsu bo maja za dużo pieniędzy, Pani minister nie widzi problemu że po odjęciu raty kredytu opłat zostaje im mniej niż 800 i ona jeszcze liczy że będą chcieli mieć kolejne dziecko? Naiwna, wpaja ludziom głupotę że przez osiemnaście lat będą dostawali po 500 na drugie dziecko, ciekawe że ta sytuacja może dotyczyć tylko bliźniaków-dlaczego??? Bo jeśli między dziećmi jest co najmniej rok przerwy w urodzeniu, to na drugie dziecko dostanie się świadczenie tylko do czasu uzyskania przez pierwsze 18 lat, bo później drugie dziecko jakby nagle stawło się pierwszym w tym związku- niepełnoletnim. PRZYKŁAD Z ŻYCIA RODZINA 2+3 Matka, nie pracuje - bo nie!!! Urząd pracy wielokrotnie kierował do pracy, bez rezultatu zasłania się zaświadczeniami lekarskimi że nie może podjąć pracy. Ojciec, kryminał, wielokrotnie ukarany mandatami i skazany za niepłacenie mandatów, za prowadzenie po pijaku, pracuje na czarno nielegalnie prowadzi składowisko złomu i rozbiórkę pojazdów na cudzych niezaopiekowanych działkach, ma w nosie podatki i przepisy jak robi się gorąco wokół niego to znika i zaczyna w innym miejscu. Mieszkają w prywatnym starym domu,który jest współwłasnością kilku osób m.in. ojca ów matki, oni jako małżeństwo nie mają absolutnie żadnego prawa do lokalu który zajmują i umowy z właścicielami domu i działki, nie chcą i nawet im się nie śni żeby cokolwiek płacić za mieszkanie, wciąż demolują dom w którym mieszkają, prąd podłączony na doładowanie karty. Woda ze studni. Troje małoletnich dzieci. Brak stałego źródła utrzymania uprawnia ich do pomocy z opsu, więc dostają wszelkie możliwe zasiłki, teraz dostaną dodatkowo 1500 świadczenia wychowawczego, nadal będą robić i zarabiać na lewo unikając płacenia podatków i innych opłat śmiejąc się wszystkim w twarz, nadal będą bezkarnie zajmować cudze działki i zaśmiecać środowisko wylewając odpady olejowe inne płyny eksploatacyjne do ziemi. No szlag człowieka bierze. Reasumujac, niestety ją również pomimo obecnego stanu bycia w ciąży również nie dostanę świadczenia chyba że nigdy nie zdecyduję się na zalegalizowanie mojego związku z K. gdyż: Mój synek jest moim pierwszym dzieckiem, córcia będzie drugim ale z innym ojcem więc jeśli nie będzie ślubu to mam dwoje dzieci i może dostanę 500, jak wyjdę za mąż no to nie dostanę bo to co prawda moje drugie dziecko ale z tym mężem pierwsze, więc przekracza próg kwotowy i du.. Co za kraj.
Kolejne bakterie ...
Niestety wraz z początkiem mojego zwolnienia lekarskiego, synek przygarnął na początek swoich ferii zimowych kolejną porcję zarazków, co w konsekwencji nie pozostawiło mnie bez konsekwencji ich rozprzestrzeniania się i działania. Znów rozwaliła mnie choroba, osłabienie, ból mięśni, niemiłosierny katar który dla mnie jest olbrzymim utrapieniem, gdyż niestety ale nie potrafię oddychać ustami- jakiś taki defekt we mnie tkwi. Zaraz po katarze, fala uciążliwego kichania i kaszlu, który nie bez znaczenia pozostaje dla mojego małżeństwa, córcia denerwuje się a mnie ogarnia ból brzucha:'( Dziś jest już trochę lepiej, bo i ponad tydzień od początku choroby, ale. niestety w domu nadal zarazki fruwają nad głowami, moja mama i K. Strasznie zaflikani,a ją boję się że zaraz znów będę chora, gdzie uciec? Nie mam dokąd by ustrzec się choroby, ale niech to się skończy. Pogoda nie sprzyja bo jest zgnilizna na dworze, która jakby jest idealnym środowiskiem dla namnażania się zarazków. To drugi i ostatni tydzień ferii zimowych, a pogoda bleee fatalna, co tu robić w taką pogodę, ją chora,K. chory, a mlodynudzi się na maxa.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14