Daisypath okazji urodzin Blok Lilypie Premature Baby tickers
Dodatki na bloga
Dodatki na bloga
poniedziałek, 06 sierpnia 2018
Po urlopie...

To już tydzień po urlopie ale jakoś nie mogłam się ogarnąć po powrocie do pracy. Niestety masa pracy jeszcze przede mną, ważne żeby się wyrobić ze wszystkim albo przynajmniej z tym z czym się da przed końcem wakacji.

Urlop spędziłam w domu razem z K i dzieciakami, teraz jako nie bardzo mam co liczyć na wakacyjne wojaże, budżet mocno uszczuplony. W trakcie urlopu powinno się odpoczywać, jednak mój urlop z reguły jest mocno zabiegany, dlatego też często zdarza się też tak że załatwiam wtedy wszystkie niemożliwe do ogarnięcia sprawy w normalnym czasie, gdy pracuję. Jedną chociażby taką ważną sprawą była sprawa w Sądzie, która ciągnie się od czerwca ubiegłego roku, a dotyczy mojego wniosku o podwyższenie alimentów na synka. Ostatni wyrok- postanowienie zapadło w 2014 r. i wówczas Sąd przyznał mi na 9 latka - 450 zł, od tamtej pory nic się nie działo aż do ubiegłego roku, gdy złożyłam pozew. Niestety nasz wymiar sprawiedliwości pomimo wielu szumnych zapowiedzi działa w tempie ślimaczym i już 26 lipca miało być ogłoszenie wyroku, ale najprawdopodobniej po ponownym wysłuchaniu mnie i ex, Sędzia odroczyła odczytanie wyroku na 09.08.2018, czyli już w najbliższy czwartek. Wytrzymałam ponad rok od czerwca ubiegłego roku to wytrzymam i te kilka dni, synek niebawem skończy 14 lat.

Czasem zastanawiam się czy tylko ja uważam, że alimenty w takiej kwocie są żałosne? Przecież według opinii Sądu ja mam wyłożyć kolejne 450 zł, czy za 900 zł da się utrzymać nawet nastoletnie dziecko uwzględniając koszty eksploatacyjne, wyżywienie, ubranie, szkołę etc. Zabrać alimentów mi nie mogą, jeśli nie zwiększą to trudno, jakoś sobie radziliśmy do tej pory to i poradzimy sobie nadal.

czwartek, 12 lipca 2018
Zmęczenie ...

Ostatnio nie wysypiam się, jestem zmęczona, ostatkiem sił wstaję rano jakby na wydechu, czas jakby przed tym urlopem spowolniał ale znajac życie, gsy nadejdzie urlop to dostanie rozpędu i ani się nie obejrzę a już trzeba bedzie wracać.

Z synkiem nasze relacje są... hmm neutralne, w tym roku cały lipiec spędza z nami,  a sierpień z ojcem, ale jakie mogę dać mu atracje gdy czesc miesiąca pracuję, a ciągle ma rehabilitację, więc park trampolin odpada, dłuższe wycieczki piesze także bo nogi ma nienadwyrężać... trudny mamy teraz czas, to jeszcze dziecko ale mlodzieniec prawie 14 letni, a jeszcze nie mężczyzna.

środa, 11 lipca 2018
Pozorny spokój...

Teraz, gdy rok szkolny zakończony, nauczyciele urlopują się, wbrew pozorom powinien być spokój, bo nawet dzwonki mają wolne. U nas niestety caly czas ruch, absolwenci gimnazjów biegają jak opętani i szukają dla siebie miejsca w jakiejś szkole. Ja w sumie powinnam teraz mieć spokój,  bo moi podopieczni właśnie na urlopach ale MEN, GUS i inne stworzenia właśnie na czas wakacji budzą się i pomimo własnych planów urlopowych zlecają nam różne ankiety, sprawozdania itp. Jestem tuż przed urlopem, jeszcze chwila, jeszcze momencik a ja borykam się z myślami, co mam zrobić teraz a co mogę zostawić na czas po urlopie.

Od grudnia ubiegłego roku, można powiedzieć że nabawiłam się kwadratowej głowy, wszystko za sprawą mojego synka. Zawsze starałam się słuchać mojego synka i podejmować różne działania w zgodzie z nim, zdroworozsądkowym i racjonalnym myśleniem matki. Wszystko zaczęło się w czerwcu ubiegłego roku, gdy po długim czasie bo aż po upływie 4 lat, złożyłam pozew o podwyższenie alimentów, od 2013 roku mam na syna zasądzone 450 zł.  Dwie sprawy już za mną ale wyrok w sprawie ma zapaść dopiero 26 lipca br. Jak widać pana ex ubodło to, że chcę większych alimentów i tak lepił synka jak plastelinę, bo twierdzi bowiem że zgodnie z wolą syna złożył przeciwko mnie pozew o zmianę sposobu i ilości kontaktów. Z miłości ? Z uzasadnionych pobudek? Niestety mam co do tego uzasadnione podejrzenia, że jest to tylko i wyłącznie z pobudek finansowych, gdyż władza naprzemienna - a do tego wlasnie dąży, całkowicie zwolni go z obowiązku alimentacyjnego wobec syna. Ta sprawa jest nadal w trakcie i kolejny odcinek farsy z udziałem ex odbedzie się 01.10 br. Czym byłoby życie bez nerwów, bez ciągania się po sądach...?

wtorek, 10 lipca 2018
Już był wpis i ...

Szlag go trafił, no kurcze coś z siecią i wszystko poszło w niebo ... ;-(

Jeszcze pewnie dziś coś skrobnę.

15:01, andzia_gr
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 lipca 2018
Powroty

Chyba nadszedł czas powrotu do pisania, długo mnie tu nie było, wiele się zmieniło.

Wszystko za sprawą licznych obowiązków, wydawało mi się, że bez pisania można żyć, że będę miala więcej czasu ze znajomymi, że Ci którzy nazywają się moimi przyjaciółmi, wyskrobią trochę czasu dla mnie, tak abym miała komu się wyżalić.  Okazało się jednak, że ja mogę poświęcać mój czas dla nich ale w drugą stronę to już nie działa- tak być nie może, muszę zadbać o siebie i moje wewnętrzne oczyszczenie. Trochę dużo nagromadziło się roznych spraw, które zasmiecają moją głowę. Czas więc zacząć pisać na bieżąco, wplatając to co umknęło podczas mojego niebytu tu.

15:26, andzia_gr
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 stycznia 2017
Jest Nowy Rok ...

Dla mnie jakby nie ma większego znaczenia czy to 2016 czy tez 2017 rok, przynajmniej nie teraz, nie w tej chwili, ot i po prostu czas płynie i dzień za dniem. Musze przyznać, że jakoś mocno się nie podniecam całym tym zamieszaniem z Sylwestrem, byliśmy w domu a ja jeszcze tuz przed 18 skończyłam ogarniać kąty i myć podłogi, ciasto dochodziło w piecu, na stole trochę jedzenia bo przyszła siostra z mężem i jednym z bliźniaków a on oczywiście z koleżanką, przyszła też siostra mojej mamy no i my, razem 10 osób razem z naszą maleńką Ewcią, która nic ze stołu nie pojadła ale ciałem i duchem była z nami.

Pomimo odbytej dyskusji z ex o spędzaniu Sylwestra przez synka, sam nastolatek stwierdził jednak że zostanie z nami, tuz przed północą K. razem ze szwagrem i siostrzeńcem udali się na dwór by odpalić zakupione cudeńka, więc atrakcje dla syna były wystarczające by pozostać z nami w tę noc.

Nie podsumowuję ubiegłego roku, bo jak każdy inny coś przynosi, coś się dzieje, nie zawsze dobrze się dzieje ale jednak. Czy mam plany i postanowienia? Nie biorę kartki i nie piszę bo głupio tak ganić się, że się czegoś nie zrobiło, wszak nie zawsze okoliczności i czas są sprzyjające by zrobić coś w konkretnym ścisle określonym terminie, więc po co to planowanie? Jak się uda to ok, będę z siebie dumna że dałam radę.  Jedyne czego chcę to wykorzystać ten czas,gdy jestem w domu z Ewą, by nie żałować jak to miało miejsce z Adamem, że tuz po zaledwie niecałych 5-ciu miesiącach wróciłam do pracy.

Wszystkim, których oko zechce zajrzeć tu choć na chwilę, chcę życzyć spokoju, dużo siły i cierpliwości, no i zdrowia, abyście mieli siłę, zdrowie i odwagę by sięgać po to czego zapragniecie.

piątek, 30 grudnia 2016
Raczej lekko nie będzie ...

Obawiam się, że nadchodzi taki czas, gdy lekko nie będzie ale przecież mogłam się tego spodziewać, mój syn nie będzie wiecznie małym chłopcem i zacznie się bunt nastolatka, który wyznaczając swoje granice "wolności" będzie ostentacyjnie domagał się respektowania jego praw. Myślałam jednak, liczyłam na to, że nie będzie się to odbywało tak radykalnie, a przynajmniej nie będzie aż tak bardzo dotykało mnie wewnętrznie i emocjonalnie rozwalało na łopatki. Niestety jednak mój synek, potrafi dobitnie, złośliwie i bardzo dobitnie, niczym jego ojciec dopiec tak, że w pięty idzie. Słaba jestem, pod tym względem bardzo słaba jestem emocjonalnie, nie rozumiem i nie potrafię pogodzić się z tym że mój syn, potrafi tak mocno ranić, nie oczekuję żeby mi składał hołd za to co dla niego robiłam i robię, ale szacunek i empatia, tego chyba najbardziej w nim brak. On nie potrafi postawić się w roli tego którego krzywdzi, bo liczy się tylko on i to co on chce bez względu na ofiary i pokłosie jakie po sobie pozostawia, rani tak bardzo rani moje serce, nie liczy się z moimi uczuciami. Nieustannie coś kombinuje, manipuluje faktami, bo liczy że nie utrzymuję kontaktów z jego ojcem, przeinacza pewne fakty i zdarzenia obrazując je ojcu w inny sposób, szczególnie w taki gdzie jestem matką-tyranem, matką porzucającą własne dziecko.

W przeciwieństwie do ojca mojego syna, jestem wymagająca wobec syna bo wciąż tłumaczę mu, że od wyników jego nauki zależy bardzo wiele m.in. to kim będzie w przyszłości, chcę aby wykorzystywał swój potencjał, który zauważyli w nim jego nauczyciele, widząc szansę na rozwijanie ponadprzeciętnych umiejętności i wykorzystanie ich., tym bardziej że syn w domu niewiele się uczy nad książkami i wystarczają mu same zajęcia w szkole. Ale w oczach dziecka i jego ojca jestem tyranem. Nie dawniej jak w święta, proponowałam synowi wyjazd z nami do rodziny K na wspólną wigilię, uprzedziłam jednak, że wiąże się to z nocowaniem przez jedną noc, cyn stanowczo odmówił twierdząc, że rodzina K nie jest jego rodziną i nie widzi potrzeby spędzania z nimi Wigilii. Nie chciałam narzucać mu swej woli, więc przystałam na to by został w domu wraz z moją mamą, wszak zajęcie miał bo prezenty które chciał wystarczająco mogły zająć jego czas. Okazało się jednak że gdy pojechał do ojca pożalił się, że matka pojechała a on musiał zostać "sam", nie powiedział dlaczego, więc zostałam zrugana przez ex, że zostawiłam dziecko na pastwę losu samego i na dokładkę nudzącego się niemiłosiernie.

Chyba dopadło mnie jakieś apogeum depresji, nie mam siły by poradzić sobie z własnymi uczuciami, mam ochotę schować się gdzieś w kąt nakryć kocem i przeczekać wiem, że to nie jest rozwiązanie ale za dużo tego wszystkiego na raz.

Czuję jakby wszystkie przykrości i smutki nagle zbiegły się w czasie i jest ich zbyt wiele, abym mogła sobie z nimi wszystkimi razem poradzić. Wszystko to co dzieje się między mną i synem jest jeszcze dodatkowo piętnowane przez smsy jego ojca, w których obwinia mnie za dyktaturę jaką narzucam na syna oczekując podporządkowania, ale to nie wszystko są także inne jeszcze sytuacje z mojego obecnego związku z K., które również nie pozostają mi obojętne, a stanowią kolejną zadrę w sercu, której wymazać nie potrafię, są rozczarowania, niedopowiedzenia i złośliwości, one także bolą. Mój K. czasem też zachowuje się jak niesforny nastolatek i to co dotychczas było ustalone i jasne dla nas obojga,  nagle staje się ogniwem zapalnym do poróżnienia się, bo nagle K. zmienia zdanie i już od teraz, od dziś zmienia zdanie i ma być inaczej. 

Dobrze, że nie muszę jeszcze wracać do pracy, bo wiem że to nie jest najlepszy czas bym do niej wracała, nie jestem gotowa na zmierzenie się z kolejnymi przeciwnościami.       

sobota, 24 grudnia 2016

Od dobrych kilku lat Święta są dla mnie bardzo trudnym okresem, kiedyś bardzo lubiłam ten czas przygotowań i krzątania się po domu, niestety zmieniło się to bardzo drastycznie i wręcz nie cierpię świąt. Bieganie za prezentami to jakiś dramat, kupuje się na siłę jakieś prezenty żeby tylko były, to co mi się podoba to nie koniecznie musi się podobać obdarowanemu, więc ciągle tylko słychać "no co chcesz dostać ?". Tak oto prezenty, które miały być niespodziankami, są  zaspokajaczami bieżących potrzeb tych którym mam kupić prezent i każdy wie, co pod choinką leży zapakowane w ozdobny papier, którego można by oszczędzić bo to przecież jakiś cyrk. 

Nie cierpię świąt, najchętniej wyjechałabym gdzieś gdzie ich nie będzie i z dala będę od tych odbębnionych życzeń, które dostajemy i które mają w sobie niewiele prawdziwej serdeczności i życzliwości, a jedynie odfajkowanie bo tak trzeba i tak wypada. Zawsze, gdy składałam znajomym i rodzinie życzenia czy to telefonicznie czy też przez sms, starałam się  zawsze indywidualizować je, pisać od siebie to co czuję  i co chcę by temu komuś życzyć. Unikam sformatowanych tekstów i rymowanek, które co roku na święta dostają nowe życie i latają po necie i  telefonach. 

Poszłabym gdzieś z dala od wszystkiego, ale nawet na cmentarzu nie ma dziś spokoju, byłam u taty, nawet pogadać się nie dało, ciągle ktoś łaził. Wiem inni też idą do najbliższych ale czy to uprawnia ich do taj głośnego zachowywania się? Jakby mogli to by pewnie stoły na cmentarzu rozłożyli. Mogłabym pójść do kościoła, ale po co jeśli dla tych w czarnych kieckach, to ja jestem tą złą czarną owcą największą grzesznicy, jaką ziemia nosi.

Jest mi źle.

 

środa, 30 listopada 2016
A czasu, jakby ciągle za mało..

Nieubłaganie płynie czas, ciągle zdaje mi się jakby doba była za krótka by ogarnąć wszystko co znajdzie się w planie. Każdy dzień zdaje się być identycznym do poprzedniego, a jeśli już to niewiele się różnią od siebie.

A co u dzieci? Adam nastolatek 12-letni, jakby dojrzał trochę od chwili gdy na świat przyszła Ewa, może i nie jest super ogarnięty ale od początku roku szkolnego, jakoś bardziej mu zależy by nie sprawiać mi większych problemów w szkole, bo chyba widzi i dostrzega, że Ewcia absorbuje dużo mojego czasu i sił. Cudownie nie jest bo zdarzają się różne sytuacje, szczególnie te w relacjach między rówieśnikami ale pod względem ocen radzi sobie świetnie. 

Ewa, to już prawie 7-mio miesięczna pannica, która co raz częściej pokazuje swój nie łatwy charakterek, uparciuch i złośnica, stawia na swoim i chyba wie czego chce, bo skutecznie walczy. Od urodzenia obarczona chyba genetycznie przypadłościami związanymi z kolką, niestety jednak problemy jelitowe nie odpuściły nawet po upływie magicznych 4 miesięcy, nadal mamy problemy natury kupkowatej. Pani pediatra zbyt wiele rad i pomocy nam nie potrafi zaoferować poza : próbujemy, zobaczymy... Wszystkie próby gdzieś po drodze są obarczone płaczem i cierpieniem dziecka, które nie potrafi naturalnie i samodzielnie się wypróżnić, każdy nowy posiłek to pewniak że pojawią się łzy i znów będzie bolało. Zmieniałyśmy mleko już chyba 4 razy jednak pediatra nie pokusiła się o skierowanie do gastrologa dziecięcego, nadal pozostawia nas z problemem i cierpieniem młodej. 

Po przedwczorajszym koncercie wieczornym i perturbacjach żołądkowych, wczoraj sami podjęliśmy decyzję o konsultacji u gastrologa dziecięcego, zmiana diety, coś starego, coś nowego, kolejne próby ale może się uda zmienić coś, w razie czego Pani gastrolog powiedziała o ewentualnej obserwacji  kontynuacji leczenia w klinice pediatrii. Oj żeby tylko wszystko się udało.

A ja, wyglądam ... kurde żałośnie wyglądam i tak też się czuję, jedyne chwile jakie mam to wieczorem gdy wymykam się do kąpieli i czasem kilka minut w ciągu dnia, które z reguły poświęcam na gotowanie i ogarnięcie kątów. Jedyną atrakcją jaka mnie spotkała od dnia porodu to masaż na który udałam się w ubiegły czwartek, a wszystko dlatego że już ledwie powłóczyłam nogami przez mój kręgosłup. Ewa waży już swoje a mój kręgosłup nie wytrzymuje dodatkowych obciążeń.

Kiedy znów poczuję się lepiej? Fizycznie- nie wiem bo wciąż brak czasu na wysiłek, ćwiczenia itp. więc nadal wyglądam jak mamut, a psychicznie - tego tym bardziej nie wiem i nawet jakby  światełko w tunelu zgasło.

środa, 06 lipca 2016
Dzieje się...

Od dnia gdy moja maleńka Ewa przyszła na ten świat, a stało się to 16 maja 2016 r. o godz. 11:45, dzieje się bardzo dużo a czasu jakby co raz mniej na wszystko.

Ewunia urodziła się zdrowa, aczkolwiek maleńka 51 cm i 2950 g, czyli prawie 3kg szczęścia jako owoc naszej miłości. 

Pobyt w szpitalu nie zaliczam do najlepszego czasu, pomimo że cesarka nie okazała się aż tak straszna, no może za wyjątkiem tego ciągnącego szwu, ale to i przy naturalnym też boli choć szybciej dochodzi się do sił i sprawności. Olbrzymie rozczarowanie to personel, który na każdym kroku wysługiwał się studentami - stażystami, niestety niedoświadczonymi, począwszy od wkłucia wenflonu który niestety miałam zakładany 3 razy, dłoń sina i pełna wylewów, aż w końcu wenflon wylądował na zgięciu łokciowym ( bardzo niewygodnym, gdy trzeba zaopiekować się małym szkrabem i brać go na ręce) i pomimo, że był tam 3 dni to ślad i wylew pozostawał jeszcze przez miesiąc od porodu.

Po powrocie do domu, nadszedł czas by kolejny raz przywyknąć do płaczu i stałych czynności przy takim malcu, Ewa rosła jak na drożdżach jednak cały czas cierpiała na problemy gastryczne, w ciągu miesiąca przetestowałam wszystko co  jest dostępne na gazy, zaparcia i kolkę, niestety efekty działania leków - marne.

W ubiegłym tygodniu byłyśmy na planowanym szczepieniu, jednak nie doszło do niego bo od ostatniego ważenia, Ewa niewiele przybrała, kolki płacz i bóle brzucha nasilały się więc i Ewa pomimo że jadła więcej, to i więcej ulewała., a masa niewiele się zmieniała.

Dziś kolejne podejście do szczepienia, po tym prawie półtora miesięcznym płaczu mojego maleństwa, zanoszeniu się od płaczu, spazmastycznych histeriach postanowiłam zdecydować się na płatną szczepionkę skojarzoną,czy dobrze robię - nie wiem ale tego przecież nikt nie wie, wiele osób w necie pisze " nie szczepić", ale jak tu nie szczepić?? Boję się tego płaczu i modlę się by wszystko było ok.

piątek, 13 maja 2016
Podświadomość ...

Wczoraj minęło 16 lat od dnia urodzenia bliźniąt mojej siostry, kto by pomyślał, że tak szybko upłynęły te lata. Pamiętam jak dziś, gdy zastanawiałam się, jak tych dwóch brzdąców będzie wyglądało w wieku nastu lat. Gdy porozumiewali się swoim sobie znanym językiem, a ja nie rozumiejąc nic, czekałam kiedy pogadamy normalnie i zrozumiale dla nas wszystkich.

Zastanawiałam się cóż wyrośnie z tych dwóch "kaczorków"- jak mawiał mój tatko. Wyrośli, na dwóch wysokich szczupłych facetów, dwie różne osoby - indywidualności, niezależni od siebie na wzajem. Dwoje różnych ludzi, niby pozornie takich samych a jednak wewnętrznie, zupełnie innych. Kiedyś dopóki nie było mojego synka, byli dla mnie wszystkim, miłością. szczęściem i radością, dziś też są dla mnie ważni, choć bliżej czuję się z Robertem.

Wczoraj mocno pobolewał mnie brzuch, szczególne nasilenie wystąpiło wieczorem, cichutko w duszy szeptałam do siebie, swojego ciała i małej Ewci: siedź tam kochanie, jeszcze nie dziś, dziś są urodziny chłopców. Podświadomie wmawiałam sobie także aby nie był to dzień dzisiejszy, choć wiem że są dwie osoby które liczą na to że mój mały skarb właśnie dziś zechce powitać ten świat, to moja mama i synek. Synkowi zależy na dzisiejszym dniu bo jakby nie patrzeć on też co prawda nie w maju ale w sierpniu prawie 12 lat temu urodził się w piątek 13-go. Od dawna synek powtarza jak mantrę, żeby Ewcia urodziła się w piątek trzynastego, tak jak on.

A ja rozerwana pomiędzy wszystkimi, cichutko zaklinam podświadomość i szepczę za każdym kopnięciem córci, jeszcze nie czas, dziś-nie, jutro nie ma problemu, oby tylko nie dziś. Dlaczego? Mieć dwoje dzieci z dużym rozstrzałem lat i jeszcze szarpnąć się na podwójny piątek trzynastego??? jak to dźwignąć? Do końca dnia jeszcze duuuuużo godzin, ale może uda się byleby nie dziś.  

wtorek, 10 maja 2016
Zegar cyka, ostatnie dni odlicza ...

Blisko, blisko co raz bliżej. 

Na ostatniej wizycie w ubiegły czwartek ustaliłyśmy z Ginką, że jeśli nic się nie będzie działo nadzwyczajnego to w tę niedzielę wybieram się na oddział i w poniedziałek 16.05, będzie cesarka. Moje ciało już powoli zauważa, daje pierwsze oznaki że termin porodu zbliża się dużymi krokami. Już wiem i czuję się mniej aktywna, bo moje krągłości tu i ówdzie zaczynają mnie znacząco ograniczać.

Torba spakowana, jak zawsze wydaje mi się że wszystko mam, aczkolwiek jak zwykle wszystko okaże się o czasie.

Synek niestety nie daje mi powodów do radości i spokoju, chodzę podminowana i wciąż wkurzona, zauważa że jestem bardzo zaabsorbowana nadchodzącym porodem, więc odpuszcza sobie szkołę na każdym możliwym kroku, kłamie i z szelmowskim uśmiechem na twarzy oszukuje, a ja już nie mam siły i energii by nad tym zapanować. Lekko nie jest, a i lżej nie będzie.   

Porwałam się motyką na słońce.

środa, 13 kwietnia 2016
Gdzie jest sen ...?

Kolejna noc zarwana, już nawet przestałam liczyć która to z rzędu, aczkolwiek wiem że to moje niewyspanie i zmęczenie podobnie jak u innych przekłada się na moje relacji z najbliższymi i otoczeniem.

Zawsze bo praktycznie rok rocznie na jesieni i na wiosnę bardzo mocno reagowałam na zmianę frontów atmosferycznych, wahania ciśnień i zmienność temperatury, potrzebuję czasu by wprowadzić się w jakby nową rzeczywistość i praktycznie zawsze natchnienie do życia i nowe siły wstępują we mnie gdy już drzewa się zazielenią, optymizm, nowe życie budzi się i wtedy budzę się i ja.

Nie bez znaczenia na moje samopoczucie pozostaje również fakt ostatniego trymestru ciąży a dokładniej ostatniego miesiąca - 4 tygodni w tym stanie, które sprawiają że nastrojowo popadam ze skrajności w skrajność.

Jestem matką od kilkunastu lat, wiem i mam świadomość że moje życie po narodzeniu Ewci nie będzie już takie samo, wiem co mnie czeka ale za nic nie wiedziałam że właśnie tak może wyglądać finisz ciąży, bo z młodym było zupełnie inaczej.

Wstaję w miarę wcześnie rano bo pomiędzy 6-7, w sumie teoretycznie mogłabym spać , ale wstaję żeby K. i młodego wyprawić do pracy i szkoły, a jak wstanę to nie mogę już zasnąć. Cały dzień coś robię, jestem w ruchu, teraz szczególnie bo okupuję sklepy w skompletowaniu wyprawki do szpitala i wielu jeszcze potrzebnych rzeczy do domu. Chodzę i chodzę, a do domu wracam ledwie sił, padam na twarz, nogi i krzyż odmawiają mi posłuszeństwa. Krzątam się po domu by choć trochę go ogarnąć, aczkolwiek nie jest to łatwe w takim stanie zaawansowania mojego brzucha, ugotuję, coś ogarnę i wieczorem ledwie mam siły by powieki samoczynnie mi nie opadły. O 22 czuję się jak rozładowany robocop, marzę o wieczornej spokojnej relaksującej kąpieli, która przyniesie ukojenie dla opuchniętych nóg i obolałych pleców i brzucha. Układam się do snu jak księżniczka na ziarnku grochu, dochodzi 22:30, zamykam oczy i ... zaczynają się mrowienia nóg, i te okrutnie bóle w biodrach, ciągłe uczucie ucisku na kręgosłup lędźwiowy. Kości i stawy biodrowe przy każdym ruchu nogą strzelają, jak wytrawny snajper, kręcę się już nie mogę się ułożyć. Przykrywam się, po czym się odkrywam noga tak, noga śmiak, tu poduszka, tam jasiek i na prawy i na lewy bok,to usiądę albo wstanę, toaleta-kuchnia- pokój, moja trasa od kilku miesięcy wciąż ta sama niezmienna, znów łóżko i przekręcanie się. To wszystko jeszcze do niedawna kończyło się ok. 1:55, jednak przez ostatnich kilka dni moje rozładowywanie akumulatorów znacznie się wydłużyło bo do 3:15, zasypiam.

Budzę się i jest ? 5:50. Gdzie się podział sen??? Odszedł a przyszło przedwczesne zmęczenie ;-(

poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Po wizycie nie jest źle ...

Niestety znów kilka godzin spędzonych na korytarzu Przychodni przyszpitalnej, długie i żmudne oczekiwanie, ale jak już jeździ się tam kilka ładnych miesięcy to cyklicznie pojawiają się te same kobiety, z którymi już po tych iluś spotkaniach bez słów a jedynie mimiką twarzy można porozumiewawczo wymieniać się znudzeniem z oczekiwania na wizytę. Tak było i tym razem, dobrze jednak, że pomimo ciężaru jaki dźwigamy potrafimy jeszcze żartować i uśmiechać się.

Wizyta jak zawsze szybka, usg  trochę pogadanek, szybkie badanie, krótkie zalecenia i zlecenie badań na następna wizytę, zwolnienie i do domu. Za tydzień lecę na kontrolne usg, bo wody znów na poziomie minimum. Moje maleństwo kręci się jednak niemiłosiernie, rusza się co chwilę, kopie więc uważam że jest ok, choć co raz trudniej chodzić nie wspominając o mojej notorycznej bezsenności.

Synek wyjechał w piątek wieczorem, razem z ojcem poleciał do Niemiec na komunię kuzyna, wróci dopiero dziś wieczorem, a ja kolejny dzień czekam z niecierpliwością. Choć czasem doprowadza mnie swoim zachowaniem do szału, to bardzo go kocham i gdy nie widzę go to tęsknię okrutnie. 

czwartek, 07 kwietnia 2016
Jeszcze tylko raz...

Dziś jest nasza przedostatnie wizyta u Pani Ginki, kolejna już 5 maja ale w sumie nie wiem czy moje maleństwo do tego czasu nie pojawi się już tu, wśród nas.

Ogólnie czuję się dobrze, w ciągu dnia chodzę na zakupy ogarniam dom, młodego z lekcjami, gotuję sprzątam itp. w sumie nie jeden facet powiedziałby że nie robię nic, bo przecież jestem w domu. Niestety co raz bardziej zaczynam odczuwać opuszczający się brzuszek i wagę mojego maleństwa, dotychczas chodziłam dość żwawo i energicznie, jednak teraz już po kilkunastu krokach, maleństwo poszturchuje mnie w dolnej części brzucha, jakby chciała mi powiedzieć " ejjj zwolnij". Nie wiem dlaczego ale nie potrafię chodzić jak matrona z brzuchem wypiętym przed siebie i powolnym okracznym krokiem. Czasem jak wracam z tych moich pieszych wojaży, zaczynam odczuwać ból w krzyżu i w stopach, ale przecież przejdzie mi, jeszcze trochę.

Najgorszą i chyba najbardziej dotkliwą bolączką tego stanu "nadzwyczajnego" jest dla mnie nocna bezsenność. O 22, padam na twarz czuję że za chwilę zasnę jak niedźwiedź, jednak przedrzemię zaledwie 1,5  do 2 godzin i oczy mam jak 5 zł, już niby wyspana, toaleta i .... już nie mogę zasnąć, czekam sobie tak do 1 w nocy, kręcę się i wiercę, pomimo dodatkowego zażywania magnezu nogi rwą mnie niemiłosiernie, uśmiecham się pod nosem jak widzę reklamę gdzie mówią o RLS, niespokojnych nogach, właśnie coś takiego chyba mam, Jak uda mi się zasnąć to znów 1,5 do 2 godzin i pobudka, znów siedzę patrzę za okno i liczę w ilu innych oknach blokowych świateł jeszcze się świeci. Chodzę, gimnastykuję się, przeciągam, spaceruję do toalety, kuchni, pokój, toaleta i tak w kółko. później znów zasypiam na 1-2 godziny i pobudka, już wiem że nie zasnę, jak "poseł grecki" odprawiam K. do pracy i  czekam aż młody się obudzi by wyprawić go do szkoły. Ktoś mógłby powiedzieć, że w sumie to dobrze bo jak maleństwo przyjdzie na świat to nie będę miała problemu z nocnym wstawaniem na karmienie, ale ja chyba jednak wolałabym teraz pospać.

Dzień za dniem tak szybko płynie, maleństwo szaleje w brzuchu, kopie i wierci się, mała złośnica. To jest jednak inne macierzyństwo niż te sprzed prawie 12 lat, inaczej myślę, inaczej przeżywam ale wierzę że wszystko będzie dobrze. 

  

piątek, 01 kwietnia 2016
Konsultacja do CC

Byłam w ubiegłym tygodniu na konsultacji u jednego ze znanych profesorów ginekologii i położnictwa w sprawie wskazania do CC z przyczyn ortopedycznych. Wszystko zaczęło się dawno temu od dwóch wypadków samochodowych w przeciągu kilku lat 1999, 2002, których konsekwencje niestety ujawniły się dopiero po ponad 12 latach w postaci przepukliny kręgosłupa szyjnego. Pierwszy poród w 2004 roku był na tyle w nieodległym czasie od wypadków że jeszcze wówczas wskazań do cesarki nie było, obecnie według opinii ortopedy- traumatologa, wysiłek podczas porodu może niestety niekorzystnie wpłynąć na mój stan zdrowia i moją przepuklinę. Zapis w karcie dokonany, więc z chwilą rozpoczęcia porodu lub w wyznaczonym na niego terminie, będziemy mogli przywitać się z naszym maleństwem bez jakiegoś większego stresu, że ręce odmówią mi posłuszeństwa po porodzie. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak chodzić na kolejne konsultacje i wizyty lekarskie, zaopatrzyć się przygotowywać się na przyjście niuni. Ostatnio nawet podjęłam się grubszych rangą robótek ręcznych i pierwszy raz zasiadłam do maszyny, uszyłam dla niuni literki które obok motylka i serduszka zawisną na jej łóżeczku.

wtorek, 22 marca 2016
Po kontroli ...
Byłam na kontrolnym KTG i na kontrolnym USG w ubiegły czwartek. Ile to trzeba zdrowia żeby nie zdechnąć na korytarzu czekając na "łaskę Pana", tego nie da się inaczej opisać, wiem że to może niesprawiedliwe ale w końcu to Szpital powinien ustalić jakieś zasady a zaczęło się tak: Gdy wykryto małowodzie to na Izbie przyjęć wdali mi skierowanie na usg kontrolne, specjalnie dopytywałam czy mam się rejestrować na badanie czy też nie, usłyszałam kategoryczne "bez rejestracji prosto pod gabinet". Ponieważ nie lubię się spóźniać, a miałam zgłosić się pomiędzy 8 a 9, ja nauczona doświadczeniem zawsze staram się być przed czasem, tak też było i tym razem pod gabinet dotarłam o 7.45 spokojnie rozejrzała się było małżeństwo i ja, oni na planowe badanie ja skierowana z Izby. Wieść korytarzowa niesie, że szczęściarzem jest ten co zdoła złapać pielęgniarkę - położną i zgłoszenie obecności albo otrzymanie kartki od lekarza by udać się do rejestracji i założyć kartę. Udało mi się, dopaść pielęgniarkę i zdobyć kartkę, pobiegłam do rejestracji i zadowolona wracam pod gabinet, dopiero kilka osób zgłosiło się pod gabinet bo lekarz miał wykonywać USG dopiero od 9. Zgłosiłam radośnie pielęgniarce, że jestem i czekam tylko ile mam czekać?? Jak się okazało pani potrafiła powiedzieć "nie wiem, proszę czekać", ale ile??? "no tyle ile będzie trzeba". Zaczepiałam ją kilka razy i dopytywałam bo pod gabinetem zaczął tworzyć się tłum ludzi, a i z każdą chwilą nadchodziły nowe pielęgniarki z innych oddziałów szpitalnych i wprowadzały poza kolejnością swoje znajome. Jak ja nienawidzę takich numerów, krew się w człowieku gotuje, jak widzi takie zachowania albo jeszcze jak słyszy rozmowę bez zupełnego skrępowania: "poczekaj zaraz zapytam doktora, to wejdziesz i po sprawie". Cóż z tego że miałam przy sobie prowiant i wodę, po 4 godzinach siedzenia pod gabinetem, tak jak ja, tak i moje dzieciątko miało dosyć siedzenia, zaduchu i tego opętanego tłumu prze gabinetem. Czułam jakbym za chwilę miała rodzić, siedzenie sprawiało drętwienie nów, a chodzenie przysparzało ból kręgosłupa, zmęczenie znużenie, senność i ta cholerna złość, bo gdybym wiedziała że mam tyle czekać t przyjechałabym na koniec przyjęć, ale wtedy pewnie już lekarz nie zgodziłby się mnie przyjąć. Moje dzieciątko tak zaczęło się wiercić że zupełnie serio wydawało mi się jakby albo się dusiła, albo miała za chwilę wyrwać mi cały bok. Siedziałam w ciszy z zamkniętymi oczyma pod oknem, oddechem starałam się uspokoić moje maleństwo. Gdy kolejny raz wyszła pielęgniarka powiedziałam jej, że to nie jest w porządku bo ja siedzę od rana ze skierowaniem z Izby i czekam jak osioł, a inne pacjentki nie dość że nie zapisane ta ten dzień to wprowadzane są przez pracowników szpitala i wchodzą poza kolejnością i że gdybym wiedziała że będę przyjęta dopiero na samym końcu, to bym tu nie siedziała tylko wyszła na spacer i wróciła przed 14. Siedziałam jeszcze 15 minut, po czym zostałam poproszona do gabinetu, lekarz myślał że dopiero przyszłam i zdziwił się że ze skierowaniem z Izby czekam tyle godzin skoro miałam napisane "PILNE". W badaniu wyszedł przyrost masy mojej niuni i wód płodowych, jednak nadal są one na poziomie dolnej granicy normy, co według tego lekarza i mojej ginki nie jest dobre ale nie wymaga hospitalizacji. Wróciłam do domu, byłam tak zmęczona jakbym maraton przebiegła, tej nocy w drodze wyjątku wstałam w nocy do toalety zaledwie jeden raz, spałam aż do 9 kolejnego dnia.
piątek, 11 marca 2016
Dlaczego tak ...
Co to się porobiło? dlaczego tak? Wczoraj miałam wizytę kontrolną u ginki i kontrolne usg, wszystko niby miało być ok, w trakcie wizyty u ginki dostałam zalecenia i spoko. Po chwili przeszłam na badanie usg i lekarz natychmiast kazał mi wrócić z wynikiem do ginki, bo według niego wystąpiło "małowodzie", czyli za mało płynu owodniowego w odniesieniu do stanu zaawansowania ciąży. Pani dr natychmiast kazała mi zgłosić się na Izbę przyjęć i wykonanie KTG, a później czekanie na decyzję lekarza dyżurującego gdyż może okazać się że zostanę na patologii. KTG zrobione, moja dr przyszła do mnie na izbę obejrzała wynik i starała się mnie uspokoić, odczekałam swoje i na szczęście pozwolili mi wrócić do domu jednak to nie koniec. W niedzielę znów mam zgłosić się na Izbę na kolejne kontrolne KTG a we czwartek na kolejne USG w celu sprawdzenia czy płynu przybywa czy też nie. K. zaglądał do internetu i naczytał się chyba za wszystkie czasy o ewentualnych powikłaniach, głowę mam jak kwadrat, tysiąc myśli na minutę, za każdym razem gdy niunia rusza się w moim brzuchu cieszę się jak dzieciak- liczę ruchy i obserwuję, jakby coś się działo to mam biegiem jechać do szpitala. Strasznie się boję ;-(
poniedziałek, 07 marca 2016
Taty nie ma ...
6 marca, kolejna rocznica gdy Taty nie ma... odszedł na zawsze, choć w moim sercu nadal mieszka. W planach miałam wyjazd do rodziców K., jednak mając świadomość że 12 lat temu w brutalny i niespodziewany sposób musiałam rozstać się z Tatą, nie mogłam w tym dniu nie odwiedzić go, więc zabrałam Mamę, siostrę i szwagra na cmentarz. Choć na chwilę, choć na moment spojrzeć na jego portret i cichutko w duchu powiedzieć mu : "Tatku, bardzo za Tobą tęsknię".
Taty nie ma ...
6 marca, kolejna rocznica gdy Taty nie ma... odszedł na zawsze, choć w moim sercu nadal mieszka. W planach miałam wyjazd do rodziców K., jednak mając świadomość że 12 lat temu w brutalny i niespodziewany sposób musiałam rozstać się z Tatą, nie mogłam w tym dniu nie odwiedzić go, więc zabrałam Mamę, siostrę i szwagra na cmentarz. Choć na chwilę, choć na moment spojrzeć na jego portret i cichutko w duchu powiedzieć mu : "Tatku, bardzo za Tobą tęsknię".
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14